To jest druga próba napisania tego tekstu. W pierwszej odbiłam się od ściany. Zostawiłam sobie cały sobotni wieczór na pisanie, wcześniej, biegając, obmyśliłam temat i konspekt. Spakowałam cały dorobek, bo w niedzielę o świcie po ponad trzech tygodniach mieliśmy ruszyć autami do Polski. Wydawało się: teraz tylko luźne myśli uszeregować, skupić uwagę na dwie godzinki i mieć przyjemność z pisania. Nic z tego. Bywają takie treningowe dni, gdy składanie słów, które zazwyczaj lubię, staje się ponad siły. Odłożyłam laptop, nastawiłam budzik na czwartą rano i liczyłam, że umysł zdoła odpocząć i sprawi mi niespodziankę.

Dobry trening powinien angażować nie tylko ciało, ale i umysł – w 100 proc. Dlatego gdy byłam zawodniczką, przyswajanie wiedzy pamięciowej w trakcie obozów było dla mnie niemożliwe. Wcale się nie migałam, wręcz przeciwnie, jak Syzyf próbowałam i próbowałam. I nic. Co innego z wiedzą, która mogła mi pomóc zrozumieć proces treningowy i reakcje ciała. Na nią nigdy nie było złej pory. Była logiczna, była potrzebna i wchodziła do głowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej