Ja w zmasowanej kampanii promocyjnej wyczuwam pewną nieautentyczność, o czym za chwilę, ale uważam ją za ze wszech miar słuszną, ponieważ w prawie do gry w piłkę nożną oraz generalnie fascynowania się piłką widzę podstawowe prawo człowieka; w piramidzie Maslowa umieściłbym najpiękniejszą z gier i u spodu, jako potrzebę wręcz fizjologiczną, i u samego czubka, jako potrzebę harmonii i piękna. Kto nie chce propagować kopania dziewczyn, ten nie tylko troglodyta, ale także sadysta. Koniec, kropka.

Kiedy jednak wertuję 19 początkowych kolumn „La Gazzetta dello Sport” (!) poświęconych balladom o kobiecych MŚ, ogarniają mnie grube wątpliwości, czy redaktorzy doświadczyli nagle moralnej odnowy - jeszcze przed chwilą wyrzucali tę dyscyplinę do głębokiego wnętrza wydania, artykuły upychali w kilku ćwiartkach szpalty. Kiedy czytam Zbigniewa Bońka, który obiecuje hojne inwestycje w żeński futbol, staje mi przed oczami jego osławione „gdy rozmawiamy o piłce, to baba nam niepotrzebna” rzucone do rzeczniczki spółki Ekstraklasa SA Karoliny Hytrek-Prosieckiej. We Włoszech, skąd prezes PZPN czerpie idee, rewolucja też eksplodowała nagle, wzbogacone o rzeczownik „Women” zespoły Juventusu, Milanu, Interu czy Romy istnieją od maksymalnie dwóch sezonów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej