Owszem, w drugiej rundzie Polak uderzył w tył głowy, ale sposób, w jaki odpowiedział Briedis, mógł spokojnie skończyć się dyskwalifikacją. Rąbnął Głowackiego łokciem, idealnie w szczękę. Uderzenie Polaka było niezgodne z przepisami, ale podobne ciosy – jeśli się nie powtarzają – często uchodzą pięściarzom na sucho. Faul Łotysza był natomiast haniebny.

Głowacki padł jak znokautowany, ale wstał i próbował walczyć dalej. Widać jednak było, że kontaktuje już nie najlepiej. Nie dostał odpowiednio dużo czasu na odpoczynek, a Briedis nacierał. I nawet jak zabrzmiał gong kończący rundę, sędzia Robert Byrd nie rozdzielił zawodników, tylko niemrawo machał rękami i patrzył, jak Głowacki po raz kolejny (trzeci, drugi był parę chwil po "łokciu") pada na deski. Kilka sekund po gongu.

- Oczywiście, że słyszałem ten gong - śmiał się po walce Briedis, policjant i bohater narodowy Łotwy, a publiczność wiwatowała. Potwierdził też, że łokciem uderzył celowo, w ramach rewanżu za faul rywala.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej