Sensacyjne mistrzostwo NBA – zdobyli je ściśle po kanadyjsku, garściami czerpiąc z multi-kulti – mogli świętować już w poniedziałek w Toronto. Przegrali jednym punktem. Niektórzy mówili: frajersko. Golden State Warriors doprowadzili do stanu 2:3, a przedostatni mecz mieli u siebie.

Po końcowym fragmencie tamtego meczu jeszcze intensywniej się zastanawiano, czy Raptors udźwigną gigantyczną presję. Nie mieli jej przed finałem, prawie nikt nie dawał im szans. Ale gdy prowadzili 3:1 i byli tak blisko pierwszego w historii Kanady mistrzostwa ligi, ręce mogły im drżeć.

W Toronto w słynnym już „Parku Jurajskim” tysiące ludzi żywiołowo reagowały na każdą ich akcję, a cały kraj zaczął oglądać NBA liczniej niż narodowy sport Kanady – hokej. Pojawiła się niepowtarzalna szansa na przełamanie klęsk w starciach z USA. Gdyby się nie udało, Toronto pewnie zapłonęłoby tak jak Vancouver w 1994 i 2010 r., gdy Canucks przegrywali finał NHL. Straty liczono w milionach dolarów, ponieważ – choć wedle stereotypów Kanadyjczycy za wszystko przepraszają – sport wyzwala u nich dzikie emocje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej