Urzeczeni Włosi wołają na niego Il Pistolero, Rewolwerowiec. Nie tylko dlatego, że Krzysztof Piątek wystrzeliwuje gole jak opętany – choć wystrzeliwuje, w tamtejszych rozgrywkach ligowych wyprzedził nawet Cristiano Ronaldo. Westernowe skojarzenia zainspirował sam piłkarz, który po każdej bramce wykonuje te same charakterystyczne gesty. Podnosi kciuki, łączy palec wskazujący z serdecznym i potrząsa obiema dłońmi, symulując właśnie wystrzały z rewolweru. Ponoć zaczął tak wyrażać radość spontanicznie, ale pewności nie ma. Dzisiaj sportowcy nawet sposób okazywania radości konsultują z marketingowcami, to element budowania wizerunku. Rodzaj prywatnego loga.

Markowy znak polskiego piłkarza wokół stadionu Milanu, w którym Piątek gra od stycznia, nie tylko widać, ale również słychać, bo kibice, fetując kolejne gole swego nowego idola, skandują onomatopeiczne „Pum, pum, pum”. Ci starsi teoretycznie powinni reagować bardziej wstrzemięźliwie – w skali historycznej ich drużyna należy do najbardziej utytułowanych w Europie, liczbą triumfów w Lidze Mistrzów ustępuje tylko Realowi Madryt, dzięki fortunie Silvio Berlusconiego przyciągała najjaśniejsze gwiazdy. Do sukcesu przywykli, a przyzwyczajenie do sukcesu zobojętnia. Odkąd jednak włoski multimiliarder i wielokrotny premier zaniechał sponsoringu, a następnie sprzedał klub, zwycięstw stopniowo ubywało. Godnych oklaskiwania wirtuozów też. Ostatnie prestiżowe trofeum Milan zdobył w 2011 r., więc niemal cała bieżąca dekada upływa na tęsknocie za przeszłością.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej