Gdyby ktoś, kto widzi tylko wyniki, nazwiska oraz życiorysy zawodników, spotkał kogoś, kto patrzy na mecze Polaków, lecz nie zauważa wyników ani nie rozpoznaje zawodników, głuchy rozmawiałby ze ślepym – i to o skrajnie odmiennych rzeczywistościach. Badacz tabel wyobrażałby sobie reprezentację kraju jako ekipę wysoko wykwalifikowanych zawodowców, którzy z zimną krwią, bez zbędnych fajerwerków wykonują kolejne zlecenia. Obserwator gry natomiast ujrzałby hałastrę dyletantów, których ze względów humanitarnych należałoby uwolnić od konieczności ganiania za piłką. Co gorsza, beznadzieja eskaluje. Jak jesienią podwładni Jerzego Brzęczka najlepiej wyglądali w inauguracyjnym meczu we Włoszech, a potem konsekwentnie niedołężnieli, tak wiosną najlepiej – nie znaczy, że przyzwoicie – wypadli w Austrii, by od tamtej pory marnieć w oczach. W Macedonii zaserwowali gniota, jakiego za kadencji obecnego selekcjonera, przecież w całości niezbyt inspirującej, jeszcze nie spożyliśmy. Zademonstrowali futbol wulgarnie prymitywny, wymyślili ledwie jedną sensowną akcję ofensywną (wtedy gdy spudłował Kamil Grosicki). Wszystkie inne polegały na ospałym, przewidywalnym przesuwaniu piłki na skrzydło lub wykopie nie wiadomo gdzie. Martwica.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej