Stadion Tosze Proeskiego, na którym zagrają Polacy, powstał tuż po II wojnie światowej, ale niedawno został zmodernizowany – wewnątrz, na zewnątrz to wciąż archaiczna rudera – i przed dwoma laty przyjął Real Madryt i Manchester Utd. Zagrały tutaj o Superpuchar Europy, w meczu tylko ciut bardziej prestiżowym niż wakacyjny sparing.

Czytaj też: PZPN wyda miliony na piłkę kobiet

I to by było na tyle, jeśli chodzi o kontakt gospodarzy z piłką kopaną o stawkę wyższą niż eliminacyjna. Macedończycy nigdy nigdzie nie awansowali, w szczytowych momentach byli dumni z „postraszenia” potentatów. Polacy muszą się przyzwyczaić, że za zdecydowanych faworytów będą uchodzić przez całe kwalifikacje. Polecą wyłącznie w okolice, gdzie każdy szanujący się kibic wymieni przynajmniej kilka nazwisk z drużyny Jerzego Brzęczka, natomiast sam dopinguje zawodników, o których kibice znad Wisły nie mają zielonego pojęcia. Teraz wyjątek stanowi tylko Goran Pandev, na co dzień grający w Genoi blisko 36-letni błyskotliwy napastnik, z odniesionym w barwach Interu Mediolan triumfem w Lidze Mistrzów. Otaczają go w najlepszym razie włoscy drugoligowcy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej