Zakazany jak jazda na rowerze

Dziewięcioletnia córka znajomych niedawno zmieniła szkołę. Ponieważ w pierwszych dniach nie bardzo jej szło integrowanie się z dziewczynkami, koledzy zaprosili ją do gry w piłkę na szkolnym boisku. A że Helena jeździ jak dzika na hulajnodze, deskorolce i nartach, łazi po drzewach i za moment wybiera się na obóz jujitsu, szybko połknęła futbolowego bakcyla i pociągnęła za sobą inne dziewczynki.

Nigdy nie rozumiałam, o co chodzi z tą fiksacją, że piłka nożna to męski sport. Serio? Bardziej męski niż kręcenie piruetów na lodzie w kostiumie z cekinami czy może niż skakanie w trykocie na pointach? Zastanawiające, że nigdy nie było poważnej rozmowy o tym, że łyżwiarstwo figurowe czy balet są zbyt kobiece dla mężczyzn, natomiast bieganie po trawie i kopanie piłki urosło do rangi czegoś ultramęskiego.

A wcale się na to nie zanosiło. W 1920 r. w Liverpoolu na meczu Kerr’s Ladies z St. Helen’s Ladies na trybunach zasiadło 53 tys. kibiców i kibicek. Rok później Angielska Federacja uznała jednak, że futbol nie jest sportem odpowiednim dla kobiet i Brytyjkom zakazano gry aż do 1971 r. To część dobrze znanej nam, długiej niczym „Moda na sukces”, historii przesądów o tym, co mężczyźni uznawali za nieodpowiednie dla pań. Na liście była też sztuka, która miała nas deprawować, edukacja, która miała powodować anorexia scholastica (czyli mdłości, epilepsję i obłęd) oraz rozrywki takie jak jazda na rowerze, mające doprowadzać damy do nadmiernego pobudzenia (gdybyż to było takie proste!).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej