To mógł być wieczór idealnie podsumowujący cały sezon Milanu, drużyny wrażliwej na ciosy i łatwo trwoniącej własny wysiłek. W ostatniej kolejce Serie A prowadziła na wyjeździe ze SPAL 2:0, ale pozwoliła rywalom – grającym o pietruszkę, skazanym na środek – wyrównać. Mimo że sama biła się o powrót do Champions League!

Mediolańscy piłkarze ostatecznie zatriumfowali dzięki golowi Francka Kessiego z rzutu karnego podyktowanego za faul Thiago Cionka na swoim koledze z reprezentacji – właśnie Piątku. Ale oni nie zależeli już tylko siebie. Potrzebowali wygrać oraz liczyć, że o tej samej porze punkty zgubi albo Atalanta, albo Inter Mediolan.

Kiedy więc objęli prowadzenie – po precyzyjnym strzale z dystansu Hakana Calhanoglu minął niewiele ponad kwadrans gry – równie ważne rzeczy działy się na stadionie Sassuolo. Tam bowiem niemal w tym samym momencie przegrywać zaczęła Atalanta, czyli drużyna w lidze najobficiej chwalona, uprawiająca najładniejszy futbol, osiągająca najbardziej sensacyjne wyniki. Przez kilkadziesiąt minut Milan „był” więc w Lidze Mistrzów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej