Rozstanie przebiega pokojowo, nawet po przyjacielsku, w hałasie fanfar i hołdów dla Allegriego. Turyńscy piłkarze hucznie świętowali wszak w niedzielne popołudnie ósme z rzędu mistrzostwo kraju – zdobyli je oczywiście wcześniej, oni zresztą przywykli już do wygrywania Serie A kilka tygodni przed końcem rozgrywek.

Aż pod pięcioma z przywołanych tytułów podpisał się 51-letni szkoleniowiec. A ponieważ przez tyleż sezonów pracy w Juve zdobył także cztery Puchary Włoch – nie udało się dopiero teraz – to można rzec, że na poziomie krajowym wykonał 90 proc. normy. Lekko licząc, bo gdyby zmierzyć jeszcze przewagę nad wicemistrzem ligi, jaką zazwyczaj osiągali turyńczycy, to uzyskalibyśmy wynik przekraczający 100 proc.

Inaczej działo się w Europie. I tutaj jednak uczucie niedosytu niełatwo zamieniać w akt oskarżenia wobec trenera, skoro Juventus dwukrotnie przegrywał dopiero w finale, a raz nie wytrzymał w ćwierćfinale naporu późniejszego triumfatora Realu Madrytu. Całokształt wciąż wygląda fantastycznie. Skąd więc rozłąka, którą ogłoszono rok przed wygaśnięciem kontraktu i zarazem rok po odrzuceniu przez Allegriego oferty ze wspomnianego klubu ze stolicy Hiszpanii, dla każdego trenera świata arcyprestiżowej? I to niekoniecznie z gotowym świetnym planem Juventusu na przyszłość, jeśli za głównego kandydata na następcę uchodzi Simone Inzaghi z Lazio?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej