Z peror właściciela naszego czołowego klubu ewidentnie wynikało, że niosą go entuzjazm i optymizm, że nawet kiedy szklanka jest w trzech czwartych pusta, on widzi ją w trzech czwartych pełną. Na przykład tradycyjne wakacyjne klęski w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów i Ligi Europy przytrafiły się jego piłkarzom przypadkiem, nawet za granicą wszyscy traktują nieobecność Legii w kontynentalnych rozgrywkach jako chwilowe – wedle styczniowej relacji prezesa w „Rzeczpospolitej” jego niepolskojęzyczni rozmówcy na obcych salonach byli nią „wielce zdziwieni” i traktowali jak „wpadkę”, toż warszawska drużyna potęgą jest i basta.

Z przekonania o mocarstwowej pozycji klubu wywodził Mioduski tezę przewijającą się w publicznych wystąpieniach od wielu miesięcy, że inne polskie kluby zachowują się nieprzyzwoicie, eksportując najlepszych graczy bezpośrednio do innych krajów, zamiast przekazywać ich najpierw do Warszawy – oczywiście w zamian za pewien finansowy ekwiwalent – gdzie by się jeszcze trochę rozwinęli i dopiero wtedy zostali wypuszczeni w wielki świat. Krajobraz trwałej hierarchii, z Legią i resztką ligowych ochłapów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej