Fajnie być młodym. Fajnie mieć organizm, który nawet największe wariactwa treningowe potrafi zregenerować w kilkanaście godzin. Fajnie mieć głowę, która nie jest zagracona myślami o konsekwencjach. Fajnie myśleć, że nie ma granic.

Gdzieś do trzydziestego roku życia na treningach mogłam robić absolutnie wszystko, co sobie wymyśliłam. Oczywiście wcześniej dyskutowaliśmy z Trenerem nad słusznością moich pomysłów, ale gdy już przeszły cenzurę, to nie przyjmowałam żadnych ograniczeń. Im coś cięższego sobie wymyśliłam, tym bardziej byłam z siebie zadowolona. Mogłam np. na koniec obozu przebiec 50 km crossu po górach z deniwelacją ponad 2500 metrów. Albo trening z oponą wydłużyć o połowę z zaznaczeniem, że na dotychczasowym dystansie idę na życiówkę, a potem utrzymuję tempo. Albo wybiec na wolnych nartorolkach z Granady do szlabanu w Sierra Nevada łyżwą. Albo przed obiadem (by zdążyć na wieczorny trening) pyknąć na rowerze wokół Tatr. Albo zrobić cztery godziny okołoprogowego biegu z imitacją. Klęłam na siebie wtedy niemiłosiernie, ale mam teorię, że to właśnie dzięki takim pomysłom (a każdy obóz kończyłam czymś specjalnym) dobiegłam tak daleko.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej