Goście z Eintrachtu Frankfurt wyrządzili sobie krzywdę, gdy tuż po przerwie meczu w Monachium ośmielili się wbić wyrównującego gola. Natychmiast spadła na nich nawałnica. Broniący tytułu Bayern pruł bowiem do celu z siłą podrywającego samochód huraganu. Po kilku minutach prowadził 3:1, ostatecznie wygrał 5:1. Popołudnie ułożyło się tak idealnie, że gole strzelili nawet żegnający się z klubem obaj skrzydłowi weterani, Franck Ribery i Arjen Robben.

Ten sezon świadczy o potędze Bayernu może nawet bardziej niż wtedy, gdy monachijczycy triumfowali z wielopunktową przewagą nad wiceliderem. Teraz musieli zachować czujność do ostatniej kolejki, a grą uwodziła raczej rozentuzjazmowana Borussia Dortmund – eksplodował talent Jadona Sancho, wyglądającego na przyszłego kandydata do Złotej Piłki – ale przecież mają za sobą rok przejściowy, poświęcony projektowaniu gruntownej przebudowy drużyny. No i tygodniami nie przekonywali na boisku, wysłuchiwali od krytyków, że sprawiają wrażenie grupy stetryczałej, zmęczonej sobą i męczącej kibiców. Jeśli utrzymali panowanie w tych okolicznościach, to co musi się stać, by konkurenci wreszcie ich obalili?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej