Odradzający się po bankructwie Widzew to w polskiej piłce fenomen. Przez cztery lata udało mu się wdrapać z czwartej ligi do drugiej, a awans o klasę wyżej wydawał się formalnością, bo drużyna jesienią pokonywała rywali. Klub jest w znakomitej sytuacji finansowej dzięki kibicom bijącym rekordy Polski w liczbie kupionych karnetów. Bogatsi fani wykupili 25 lóż na nowym stadionie, a ci najzamożniejsi reklamują się, płacąc od kilkudziesięciu do prawie miliona złotych rocznie. Murapol, największy sponsor, przekazuje rocznie ponad 2 mln zł, co w sumie daje klubowi przychód w wysokości ponad 14 mln zł. Większe budżety są tylko w ekstraklasie. Średnio mecze oglądało 17 tys. ludzi.

Zimą w łódzkim klubie już przygotowywano się do gry w pierwszej lidze. Z Wisły Płock przyszedł dyrektor sportowy Łukasz Masłowski, w przeszłości piłkarz Widzewa, zatrudniono skauta, zmieniono zarząd na bardziej profesjonalny, dokonano kilku transferów. Efekt był jednak odwrotny do oczekiwanego. Drużyna w pierwszych sześciu kolejkach wygrała tylko raz i pięciokrotnie zremisowała. Choć była wiceliderem, a awans uzyskiwały trzy zespoły, to zwolniono trenera Radosława Mroczkowskiego. Co ciekawe, formalny wniosek w tej sprawie do zarządu złożył wiceprezes zajmujący się infrastrukturą, a inny działacz narzekał, że szkoleniowiec nie konsultuje z nimi składu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej