Zawody w Jokohamie nazywane są nieoficjalnymi mistrzostwami świata sztafet, choć to określenie mocno na wyrost. Najważniejsze starty w wyścigach 4x100 i 4x400 m to finały lekkoatletycznych MŚ, które jesienią (28 września – 6 października) odbędą się w Dausze. Mimo to Polki były w Jokohamie przeszczęśliwe. – Nie możemy uwierzyć w to, co się stało – mówiła po biegu Patrycja Wyciszkiewicz, gdy sztafeta skończyła świętować z biało-czerwoną flagą. W światowej czołówce Polki są już od kilku lat, ale z Amerykankami – wielkimi dominatorkami tej konkurencji – jeszcze nie wygrały. W Japonii się udało, choć warto przypomnieć, że to dopiero początek długiego sezonu. Polki z czasem 3.27,49 nie zbliżyły się nawet do rekordu kraju. Amerykanki (3.27,65) pobiegły o ponad trzy sekundy słabiej niż w poprzedniej edycji IAAF World Relays.

– Amerykanki przegrały z Polkami, bo wypadły fatalnie. Jessica Beard ma rekord życiowy trochę powyżej 50 s, a tym razem swoją zmianę pokonała w 53,3. Coś się tam musiało stać – mówi Janusz Rozum, komentator i statystyk lekkoatletyczny. – Co nie zmienia tego, że mamy świetny zespół pięciu biegaczek na wysokim poziomie. Zdumiewające jest, że one nigdy nie są bez formy – dodaje. W 2017 r. Polki zdobyły sensacyjny brąz mistrzostw świata w Londynie. Od tego czasu wywalczyły srebro halowych MŚ w Birmingham oraz złota ME w Berlinie i halowych ME w Glasgow. Trener Aleksander Matusiński w każdym finałowym biegu wystawiał inny skład. W Jokohamie znów musiał zmieniać, bo kontuzji nabawiła się Iga Baumgart-Witan.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej