To była dziwaczna choroba: irańscy dżudocy przez ostatnie dekady uniknęli przemyślnymi sposobami izraelskich rywali, którym powinni stawić czoła z powodu turniejowych drabinek. Z premedytacją przegrywali poprzednie walki, nie osiągali limitów wagowych lub symulowali kontuzje.

Obżarł się i przybrał na wadze

Ostatni przypadek miał miejsce na początku lutego w Paryżu podczas tak zwanego turnieju Grand Slam. Mistrz świata w kategorii 81 kg Saeid Mollaei dał się pokonać Rusłanowi Mussajewowi z Kazachstanu, aby się nie spotkać w półfinale z Izraelczykiem Sagi Muki. Mollaei zajął trzecie miejsce w Paryżu, a Muki wygrał zarówno turniej, jak i kilka innych zawodów w tym roku. Izraelczyk jest numerem 1 w swojej kategorii wagowej, Irańczyk spadł na trzecie miejsce w światowym rankingu. Mimo że są jednymi z najlepszych dżudoków kategorii średniej od lat, to nigdy ze sobą nie walczyli (zwycięstwo Mukiego było powodem pierwszego od lat odegrania hymnu Izraela w Abu Zabi, gdy wygrał tam zawody Grand Slam w październiku 2018 r.).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej