Trener Mauricio Pochettino płakał, nie mógł złapać oddechu, ociekał potem. Próbował odpowiadać na pytania reporterów, ale nie był w stanie, wyrzucał z siebie tylko pojedyncze zdania. A potem wrócił na boisko i klęczał – wciąż załzawiony – przed trybuną równie rozedrganych kibiców Tottenhamu.

Był późny środowy wieczór w Amsterdamie, kilka chwil wcześniej londyńscy piłkarze pierwszy raz w historii klubu awansowali do finału Ligi Mistrzów. ulubieńcem bezstronnych kibiców ze świata.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej