Gdy półtorej dekady temu Leo Messi wtuptał na boisko, w zliczającej wszystkie zdobyte trofea tabeli wszech czasów Real Madryt wydawał się niezagrożony, prowadził z Barceloną 72:61. Nie przyglądała mu się cała ludzkość, nie mieliśmy pojęcia, że dla człowieka to jeden mały krok, a dla El Clásico skok ogromny. A jednak. Od tamtej pory planety krążą inaczej, Barcelona ruszyła do odrabiania strat, wyskoczyła na prowadzenie, od soboty wygrywa ze stołecznym klubem 95:92.

I nie było wyjścia, hiszpańscy ligowcy musieli się przystosować do życia w erze totalnej przewidywalności, w której władzę przejęła oczywista oczywistość.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej