Ten dzień wypada coraz wcześniej. Trzy sezony temu Legia bawiła w pucharach aż do lutego. W 2017 r. ostatni polski klub odpadł 24 sierpnia. W tym sezonie – 16 sierpnia.

I nic nie wskazuje na to, by ten trend można było odwrócić.

Przeciwnie. Przez lata utarło się, że dla budowania współczynnika ligi w rankingu UEFA (przekłada się na liczbę zespołów w pucharach) najlepiej byłoby, gdyby ekstraklasę reprezentowały Legia i Lech. Bo szefowie obu klubów deklarowali, że zależy im na tych rozgrywkach, bo – jak twierdzili – budują kadry tak, by łączyć występy w kraju i Europie. Zdanie reszty stawki wyraził kiedyś trener Michał Probierz, który nazwał udział w pucharach „pocałunkiem śmierci”, bo po awansie klub nie jest w stanie zatrzymać najlepszych piłkarzy, w dodatku zdecydowanie wcześniej zaczyna sezon.

Przekonanie, że najwięcej w Europie są w stanie ugrać Legia i Lech, długo tylko się wzmacniało, ponieważ z każdym udziałem budowały współczynnik klubowy, który przekłada się na rozstawienie. A ono miewało kapitalne znaczenie. Częścią opowieści o historycznym awansie Legii do fazy grupowej LM w sezonie 16/17 jest to, że w decydującej rundzie eliminacji mierzyła się z półamatorskim irlandzkim Dundalk. A mierzyła się także dlatego, że przed losowaniem była rozstawiona.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej