Organizatorzy dwoili się i troili, aby rozrzedzić peleton, aby na końcu nie było tłoku, bo tłok oznacza kraksy. Były i w tej edycji - w jednej uczestniczył Michał Gołaś ze Sky, domestique, czyli najbliższy pomocnik Kwiatkowskiego.

Ryzyko udało się zminimalizować, częściowo także dzięki Tomaszowi Marczyńskiemu (Lotto-Soudal), który dwukrotnie pod koniec wyścigu próbował uciec. Ze startu w Ans do legendarnego podjazdu Mur de Huy dojechała po 195 kilometrach mała grupa faworytów i ich pomocników, plus najtwardsi z całej reszty.

Kwiatkowski znakomicie się usadowił w czołówce. Najpierw jechał tuż za Alaphilippe'em (Francja, Deceuninck QuickStep), żelaznym faworytem wyścigu. Na pierwszych metrach podjazdu tak manewrował, że prowadził grupę. Zaatakował na najbardziej stromym odcinku. Taktycznie lepiej nie można było rozegrać wyścigu. Na samym końcu La Fleche Wallonne rozstrzyga jednak zwierzęca siła i pewien bardzo ważny współczynnik - mianowicie stosunek siły i wagi. Alaphilippe pod tym względem - w tym sezonie - jest ideałem. Zresztą Francuzowi nie przeszkadza to, czy rywalizacja kończy się podjazdem, zjazdem czy sprintem po płaskim. Wygrał superprestiżowe klasyki Strade Bianche, Mediolan - San Remo, był o włos od zwycięstwa w Amstel Gold Race, czyli pierwszym z klasyków ardeńskich, a teraz zwyciężył w La Fleche Wallonne. Po raz dziewiąty w tym sezonie przyjechał jako pierwszy na metę w klasyku lub etapie dłuższego wyścigu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej