1:0, 1:2, 4:2, 4:3. Środowy rewanż Manchesteru City i Tottenhamu bardzo dobrze pasuje do tego, co wyprawia się w tym sezonie. Pięć goli w 21 minut, emocje kibiców odbijające się od dna po sufit i zakończenie, które – podobnie jak cały mecz – ma pewne miejsce historii Ligi Mistrzów.

Nie chodzi nawet o nieuznanego gola Raheema Sterlinga w doliczonym czasie, który dałby awans City – powtórki pokazały, że spalony był bezdyskusyjny. Chodzi o trafienie napastnika Tottenhamu Fernando Llorente na 3:4. Po dośrodkowaniu Hiszpan wyskoczył do piłki, ta odbiła się od niego i wpadła do bramki. Sędzia Cüneyt Cakir obejrzał sytuację na wideo i uznał gola. Po zakończeniu meczu okazało się, że asystenci Turka nie pokazali mu ujęcia z kamery stojącej za bramką. Tam wyraźnie widać, że piłka odbija się od ręki Llorente. I tu sytuacja zaczyna się komplikować. Cakir podjął bowiem decyzję zgodną z aktualnymi przepisami, ale niezgodną z wytycznym UEFA. Europejska federacja ma dość bramek zdobywanych rękoma, poucza sędziów, by ich nie uznawali. Sytuacja stanie się jaśniejsza dopiero po 1 czerwca. Wtedy zaczną obowiązywać przepisy, według których anulowany będzie każdy gol strzelony po kontakcie z ręką i ramieniem napastnika. Krótko mówiąc: prawidłowy gol, który dał Tottenhamowi awans do półfinału, w zaplanowanym na 1 czerwca finale nie mógłby zostać uznany.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej