Takie rzeczy się nie zdarzają. To znaczy może się zdarzają, ale na PlayStation albo w kreskówce o Kapitanie Tsubasie, ale na pewno nie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Nie minęła 21. minuta, a w Manchesterze padło już pięć goli. W historii LM nie zdarzyło się jeszcze, by tyle bramek padło w tak krótkim czasie. Nawiasem mówiąc, poprzedni rekord wynosił 24 minuty i został ustanowiony przez Borussię Dortmund, która jesienią 2016 r. urządziła sobie wielkie strzelanie z Legią Warszawa (skończyło się na 8:4).

W środę było tak: ledwie Manchester City odrobił straty z pierwszego meczu po bramce Raheema Sterlinga, a dwa gole Son Heung-Mina dały gościom prowadzenie 2:1. Ten wynik oznaczał, że City do awansu potrzebuje jeszcze trzech goli. Po kolejnych dziesięciu City prowadziło już 3:2. I potrzebował trafić już tylko raz.

Częścią opowieści o tej kanonadzie są także, rzecz jasna, błędy obrońców (Aymeric Laporte) i bramkarzy (Hugo Lloris). Ale początek tego meczu wyglądał tak, jakby obu trenerom na niej nie zależało. Jakby chcieli, by piłkarze skupili się wyłącznie na atakach, godząc się ze stratami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej