Tego problemu w futbolu nie ma. Ostatecznie został wykopany trzy lata temu, wtedy FIFA zamknęła komisję antyrasistowską, tłumacząc, że od początku była bytem tymczasowym i „w całej rozciągłości wypełniła swoje zadanie”. – Chciałbym powiedzieć, że jestem zszokowany tą decyzją, ale tak naprawdę w ogóle mnie to nie dziwi – mówił nigeryjski członek tej komisji Osasu Obayiuwana.

FIFĄ od kilku miesięcy rządził już wówczas Gianni Infantino. Uchodził nawet za kogoś, kto po latach chaotycznych, naznaczonych korupcją rządów Seppa Blattera zmieni wizerunek organizacji.

Dziś wiadomo, że Infantino to Blatter 2.0. Jeszcze chętniej współpracujący z dyktaturami i korporacjami, wyniki finansowe organizacji uważający za jedyny miernik sukcesu.

Z rasizmem też walczy jak poprzednik. To znaczy nie walczy, tylko udaje, że walczy. Kilka dni temu opublikował na stronie organizacji oświadczenie, w którym namawiał krajowe związki i władze, by skorzystały z trójstopniowej procedury, którą FIFA wprowadziła już dwa lata temu i korzysta w trakcie wielkich turniejów (a raczej: może skorzystać). Według niej sędzia po rasistowskim incydencie może zatrzymać, a jeśli dojdzie do kolejnych – przerwać i zakończyć mecz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej