W niedzielę Iga Świątek przegrała ze Słowenką Poloną Hercog w finale turnieju WTA w Lugano. Od poniedziałku 17-latka z podwarszawskiego Raszyna jest naszą najwyżej notowaną zawodniczką na świecie. W rankingu WTA awansowała ze 115. na 88. miejsce i o trzy punkty wyprzedza 89. Magdę Linette.

Tadeusz Kądziela: Pierwszy finał turnieju WTA w karierze córki oglądał pan w telewizji. Nie korciło, żeby polecieć do Lugano?

Tomasz Świątek: A po co? Nie wydaje mi się, że moja obecność jej tam pomogła. Nie róbmy sensacji, to mały turniej. Widać po ceremonii wręczenia nagród. Było kameralnie, Igę dekorowali już na imprezach z większą pompą, na przykład w juniorskim Wimbledonie.

Rozumiem, że zakłada pan, że przed Igą będą finały większych turniejów?

– Mam taką nadzieję.

Wielu rodziców kontroluje karierę dzieci w najdrobniejszych szczegółach. W tenisie jest wiele takich przypadków. W kinach jest nawet o tym film – „Córka trenera” Łukasza Grzegorzka. Pan działa inaczej, ogląda transmisje lub śledzi wyniki w internecie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej