W sobotę poszedłem sprawdzić, czy pogłoski o tym, że Legia jednak umie grać w piłkę, nie są przesadzone. No nie są. Mam złą wiadomość dla wszystkich antyfanów stołecznej drużyny: sprawa tegorocznego mistrzostwa Polski jest już rozstrzygnięta. Jeśli ktoś łudził się, że Legia w tym sezonie przegra sama ze sobą, a zatem zostanie pokonana przez jedynego prawdziwie niebezpiecznego rywala w ekstraklasie, z odejściem Sa Pinto nie ma już na co liczyć. Legioniści poruszają się teraz z takim oddechem jak Mosze po sprzedaniu kozy za namową rabina – i na samej tej uldze dojadą do czternastego tytułu autostradą.

Może Mioduski całkiem sprytnie sobie to od początku obmyślił, wiedząc, że liga jest po prostu za słaba, żeby nawet Legię w kryzysie mógł ktokolwiek zdystansować. Wziął na rundę zasadniczą coacha z papierami zamordysty-psychopaty, który tej marmoladzie z Ł3 po letnich kompromitacjach pucharowych po prostu się należał – za karę. Portugalczyk wszystkich porozstawiał po kątach, zdemolował szatnię, ale ekipę wytrenował i jeszcze sprowadził trzech świetnych ziomali ze swojej ojczyzny, którym przeprowadzka do Polski raczej nie chodziła po głowach. A kiedy w przewidywalnym terminie niepoczytalność wzięła górę i Sa Pinto zadręczył piłkarzy tak, że zaczęli grać przeciw niemu, prezes odesłał go do domu i nominował starego druha, miłego kolegę wszystkich graczy. Chłopaki mają teraz radochę jak rezerwiści po odcięciu ostatniego skrawka paska, grają na luzie i z polotem – a to, co wypracowane w pocie czoła z portugalskim świrem w mięśniach i płucach, i tak procentuje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej