Hubert Hurkacz był jednym z objawień przedwiośnia. Dwa razy pokonał Kei Nishikoriego, raz Dominica Thiema i dwóch innych graczy z czołowej trzydziestki. W ćwierćfinale Indian Wells powalczył z Rogerem Federerem, zebrał od Szwajcara komplementy, a Novak Djoković wymienił go wśród najbardziej utalentowanych młodych tenisistów. W trzech turniejach (Dubaj, Indian Wells, Miami) zarobił 306 tys. dol. (1,16 mln zł) i w rankingu ATP awansował z 77. na 52. miejsce.

To skróciło Polakowi drogę na największe turnieje na nawierzchni ziemnej. W lutym mógł być pewien jedynie startu w wielkoszlemowym Rolandzie Garrosie, którego drabinka ma aż 128 miejsc. W poniedziałek, po rezygnacji kontuzjowanego Richarda Gasqueta, Hurkacz zapewnił sobie grę w Monte Carlo bez eliminacji.

Ten turniej jest jednym z najstarszych w Europie, istnieje od 1897 r. Oprócz Rzymu i Madrytu to najważniejszy test przed Rolandem Garrosem. Prestiżowy, rozgrywany na pięknie położonych kortach z widokiem na góry i morze. Za bilet na sobotnie kwalifikacje trzeba zapłacić od 21 do 55 euro. Można też zafundować sobie ofertę specjalną – bilet z lunchem, lampką szampana i pamiątką za 330 euro. Na półfinały i finał biletów już dawno nie ma.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej