– Na listopadowych mistrzostwach świata zaimponowały mi Tajlandki – opowiada prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. – Pomyślałem: one to muszą ostro trenować! Poszedłem na trening, pomyślałem, że coś podpatrzę i przekażę trenerom. Potem okazało się, że były na dopingu.

Tajlandki faktycznie wyglądały mocarnie. Wygrały kategorie 45, 49 i 55 kg, w sumie sześć razy stawały na podium, wyniosły reprezentację na drugie miejsce w klasyfikacji medalowej (za Chinami). Dziś wiadomo, że opiły się mieszaniny testosteronu i sterydów anabolicznych. W sumie na dopingu wpadło sześcioro reprezentantów Tajlandii.

Władze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) uznały jednak, że to margines. Kilka dni temu zdecydowały, że ciężary pozostaną w programie igrzysk w 2024 r. Nie było to pewne, bo po ponownych badaniach próbek z Pekinu (2008) i Londynu (2012) okazało się, że na pomoście czysta zazwyczaj była tylko sztanga, a wyniki uzyskane w dniu zawodów – prowizoryczne. Kilka dni temu brąz z Londynu w kategorii 55 kg stracił Azer Walentin Christow. To 56. zawodnik przyłapany na dopingu po ponownym sprawdzeniu próbek. Nie wiadomo, ile badań zostało przeprowadzonych podczas obu igrzysk, biorąc pod uwagę, że za każdym razem na starcie stawało 260 sztangistek i sztangistów, już dziś odsetek nakoksowanych jest ogromny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej