Amerykanin ma 208 cm wzrostu i potrafi ich użyć – piłki po jego serwisach lecą na drugą stronę kortu z wysokości drugiego piętra ze średnią prędkością 215 km na godz. A w Miami czuje się znakomicie. Bronił tytułu sprzed roku, w pięciu meczach przed finałem posłał 98 asów i wygrał 10 setów, nie tracąc żadnego. Bilans tym bardziej imponujący, że dziewięć rozstrzygał w tie-breaku, dogrywce wymagającej stalowych nerwów.

Federera nie przestraszył. – Uwielbiam oglądać potężnie serwujących tenisistów posyłających asa co dwa, trzy punkty. A on jest jednym z najlepszych w historii. To będzie tenisowy odpowiednik konkursu rzutów karnych. W niedzielę zostanę bramkarzem, będę się starał odbić tyle piłek, ile się da – mówił Szwajcar przed meczem.

Federer lepszy od nastolatków

Z planu wywiązał się perfekcyjnie. Przełamał Isnera w pierwszym gemie, potem jeszcze trzykrotnie. – Nie serwowałem najlepiej, a Roger sprawił, że musiałem za to zapłacić. Są tenisiści, którzy radzą sobie z moim serwisem, ale on robi to inaczej. Staje blisko końcowej linii, reaguje bardzo szybko, blokuje piłkę – trafnie relacjonował Isner przebieg gry. Choć returny Federera nie były efektowne, bo piłka często wracała na środek kortu, to rywal nie miał pomysłu, co z nią zrobić. Szwajcar tryskał energią, sam świetnie serwował, po czym ośmieszał przeciwnika przy siatce lub wybijał z rytmu bekhendowym slajsem. Zwyciężył 6:1, 6:4 w godzinę i cztery minuty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej