Idea jest słuszna i szczytna, a władza chce ją realizować wraz z PZPN, o czym usłyszeliśmy na Stadionie Narodowym w przededniu meczu z Łotwą. Przy okazji premier w swoim stylu roznamiętnił się retorycznie – opowiadał również o dwóch drzewkach, na których rzekomo siatkę rozwieszał w młodości Robert Lewandowski, i o błyskawicznych skutkach wprowadzenia programu (nierealne, brzdące chodzące dzisiaj do wczesnej podstawówki zaczną wygrywać najwcześniej za półtorej dekady). Najbardziej zapędził się jednak w bajdurzeniu o wpływie poziomu naszego szkolenia na zdobywanie trofeów w Champions League.

Korelacja występuje tutaj, niestety, minimalna, ponieważ system działa zasadniczo tak, że kraje w futbolu peryferyjne eksportują najwybitniejszych wychowanków na szczyt piramidy, czyli do Realu, Bayernu czy Juventusu. Ani Lewandowski, ani Szczęsny, ani Piątek z klubem tzw. ekstraklasy żadnej Ligi Mistrzów nie zawojują. Bardziej prawdopodobne, że za 5-10 lat brama do tych rozgrywek zostanie przed polskimi drużynami na zawsze zatrzaśnięta.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej