Dariusz Wołowski: Co pan czuł w 75. minucie meczu z Łotwą? Na Stadionie Narodowym Polska remisowała bez bramek ze 135. drużyną rankingu FIFA.

Zbigniew Boniek: Ja już po pięciu minutach meczu widziałem, że nie jest tak jak być powinno. Na rywala takiego jak Łotysze trzeba było usiąść wysokim pressingiem, nie dać mu odetchnąć, pozbawić złudzeń, podstaw do pozytywnego myślenia. Żeby jak najszybciej opuściła go wszelka nadzieja. Tymczasem Polacy grali wolno, jednostajnie, bez pazerności na gole, jakby mecz miał się wygrać sam. Dopiero po przerwie coś się zmieniło. Nasi piłkarze przyspieszyli, zaczęli dawać pozytywne sygnały, jakby uświadomili sobie, że każda upływająca minuta przybliża Łotyszy do osiągnięcia celu. A nas od niego oddala. Zachowywałem więc spokój i wiarę w zwycięstwo, chciałem tylko, by gol padł przed 80. minutą, bo potem zaczęłyby się już wielkie nerwy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej