Czy tę drużynę można traktować poważnie?

Od dawna wiadomo, że największym rywalem reprezentacji Polski jest ona sama. Że stać ją na wiele, ale tylko wtedy, gdy gra na sto procent. Jeśli poczuje się zbyt pewnie, minimalnie odpuści, zaczynają się kłopoty. Zdają sobie z tego sprawę piłkarze, powtarzają kolejni selekcjonerzy, prezes PZPN Zbigniew Boniek przypomina niemal w każdym wywiadzie. A mimo to wciąż zdarzają się takie wieczory jak ten. Owszem, drużynę zdziesiątkował wirus, Bartosz Bereszyński miał w nocy z soboty na niedzielę blisko 40 stopni gorączki. Ale nawet biorąc poprawkę na to, że Jerzy Brzęczek nie mógł wystawić optymalnej jedenastki, nic nie tłumaczy takiej pierwszej połowy. Łotwa nie liczy się w walce o wielkie turnieje, w rankingu FIFA leży na 131. miejscu, gdzieś między Malawi a Saint Kitts i Nevis. Mimo to przed przerwą oddała więcej strzałów (9:8) i więcej celnych (3:2). A Polacy w bramkę trafili dopiero po 25 minutach, gola strzelili dopiero kwadrans przed końcem. W tych okolicznościach trudno tę drużynę traktować poważnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej