Konia z rzędem temu, kto jedząc pierwszy raz hotelowe śniadanie w Szwajcarii, nie dobrał się do surowego jajka. Albo temu, komu zasiadając do włoskiej kolacji, przez myśl nie przeszło: „Po co mi te wszystkie sztućce?”. Temu, kto się nie zachwycił, jak Piotr Żyła, podgrzewanym wielofunkcyjnym klozetem i innymi niespodziankami Japonii.

Gdy jechałam na swoje pierwsze zawody na biegówkach pod Turbacz, nawet przez myśl mi nie przeszło, jak wiele zobaczę dzięki tym dwóm pstrokatym deskom, jak one zmienią moje postrzeganie świata. Kiedy zaczęłam trenować, miałam piętnaście lat. Teoretycznie byłam już dość ukształtowaną dziewuchą. Już wtedy wiedziałam, że jedyna droga do dobrego życia to ciężka praca i nauka. Uczyłam się świetnie nie tylko dlatego, że musiałam, ale i chciałam. Wszyscy w domu tak mamy. A praca? Na wsi dopadała nawet największego lenia. Gdy ktoś obcy zwrócił mi uwagę, że coś źle robię, czułam wstyd. Gdy dostałam czwórkę, czułam wstyd. Gdy coś zbroiłam, przez co Rodzice mieli kłopoty, starali się, bym poczuła wstyd. I bym raz na zawsze zapamiętała, że w określony sposób postępować nie przystoi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej