To zwycięstwo będzie miało znaczenie tylko, jeśli w niedzielę pokonamy Łotwę – mówił Robert Lewandowski po 1:0 z Austrią na starcie eliminacji Euro 2020. Ten mecz zapewnił Polakom kontrolę nad sytuacją w grupie, udowodnił, że należy w nich widzieć zdecydowanych faworytów.

Zmiany nie osłabiły zespołu

Kibic mógł się już przyzwyczaić, że reprezentacja składa się z cenionych zawodników, regularnie występujących w najlepszych ligach Europy. Już w eliminacjach mundialu w Rosji więcej indywidualnej jakości od podopiecznych Adama Nawałki mieli tylko Duńczycy. Wadą polskiej kadry było to, że jej siła zaczynała i kończyła się na pierwszej jedenastce (oraz rezerwowych bramkarzach). Utrata choćby jednego piłkarza znacząco osłabiała zespół.

W Wiedniu Brzęczek do 60. minuty stracił dwóch zawodników pierwszej jedenastki. Na drugą połowę nie wyszedł osłabiony chorobą Arkadiusz Milik, kwadrans dłużej po boisku biegał Piotr Zieliński (obaj mogą dzisiejszy mecz opuścić). Selekcjoner najpierw wstawił wyrabiającego sobie markę w USA Przemysława Frankowskiego, potem wicelidera strzelców Serie A Krzysztofa Piątka. Zmiany nie tylko nie osłabiły zespołu. One odmieniły mecz. Pierwszy rozruszał ofensywę, drugi strzelił zwycięskiego gola (mógł strzelić drugiego). A przecież na ławce pozostali przeżywający świetny sezon w Dinamie Zagrzeb Damian Kądzior (w Lidze Europy dotarł do 1/8 finału), a także odradzający się w polskiej lidze Kuba Błaszczykowski.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej