Po pokonaniu 1:0 Austriaków, najgroźniejszych konkurentów w eliminacjach Euro 2020, polscy supersnajperzy schodzili do szatni razem. Najpierw objęci, potem rozdyskutowani i zamaszyście rozgestykulowani, wreszcie znów przytuleni. Łączy ich dobra chemia?

To bywa bardzo istotne, o czym doskonale wiedzą wszystkie nacje bogate w talent. Polsce do nich baaardzo daleko, ale akurat na środku ataku obdarowało nas dwoma graczami nadzwyczajnymi – liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi oraz wiceliderem klasyfikacji strzelców włoskiej Serie A. A wtedy zdarza się, że gwiazdorów łączy co najwyżej szorstka przyjaźń. Zwłaszcza gdy trener uważa ich za niekompatybilnych i któregoś musi zesłać do rezerwy.

Lewandowski i Piątek wydawali się – wydają się? – nie pasować do siebie, bo preferują rolę napastnika „głównego”, w założeniu częściej wykańczającego ataki i bardziej bramkostrzelnego, niż „wspierającego”, który zajmuje się kreowaniem gry i odwracaniem uwagi obrońców, dzięki czemu partner ma więcej wolnej przestrzeni. Co ich różni, i to wyraźnie? Otóż supergwiazdor Bayernu jest wszechstronniejszym, lepszym piłkarzem, który w dodatku ćwiczył manewrowanie za plecami snajpera jeszcze w barwach Borussii Dortmund, na początku kariery w Bundeslidze. Gwiazdor Milanu aż tyle nie umie. On reprezentuje typ egzekutora, który potrzebuje jednego kontaktu z piłką, by strzelić gola. Ewentualnie – półtora dotknięcia piłki, by wbić dwa gole. A wyższości monachijczyka sam składa hołdy, powtarzając, że zazdrości mu „wszystkiego” i widzi w nim modelowy przykład napastnika kompletnego. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej