Nie umarł król, niech żyje król. Wciąż mamy Roberta Lewandowskiego, teraz fetujemy jeszcze Krzysztofa Piątka. Rewolwer najnowszego idola polskich podwórek wypalił w 69. minucie. Zniewalającego kunsztu w rozstrzygającej akcji napastnik Milanu nie zademonstrował, bo nie mógł. Doskoczył do piłki odbitej przez bramkarza, z kilku metrów wpakował ją do siatki. Rasowy snajper.

Trybuny zaczęły skandować jego nazwisko już wcześniej, gdy po niespełna godzinie gry wtruchtał na murawę. Nikogo tego wieczoru tak nie wyróżniły – może dlatego, że wielkość Roberta Lewandowskiego spowszedniała, być może dlatego, że kapitan reprezentacji nie strzelił gola dla kraju od blisko roku i 675 minut gry (teraz posucha ciągnie się 765 minut). Ale przecież wiemy, że supergwiazdor wróci. W Wiedniu należał do najlepszych w zespole, po jego podaniu Piątek jeszcze raz stanął oko w oko z austriackim bramkarzem. Tym razem nasz nowy goleador jednak spudłował.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej