Brzęczek umie zmieniać

Podobno Jerzy Brzęczek ma coś, czego nie mieli Adam Nawałka, Waldemar Fornalik, Franciszek Smuda, Leo Beenhakker. Świetnie reaguje na to, co dzieje się na boisku. Potrafi dokonać korekt w składzie i wybrać odpowiednich zmienników. W środę to udowodnił. Już w przerwie wpuścił na boisko Przemysława Frankowskiego (za Arkadiusza Milika), niedługo później – Krzysztofa Piątka. I były to zmiany, dzięki którym reprezentacja zaczęła grać lepiej i zagrażać bramce Heinza Lindera. Najpierw w pole karne – po podaniu Piątka – wpadł Kamil Grosicki, po chwili napastnik Milanu strzelił gola, kilka minut później mógł trafić jeszcze raz. To naprawdę był wieczór, w którym decyzje selekcjonera miały fundamentalny wpływ na to, jak przebiegał mecz.

Polska nowo narodzona?

Piłkarze Brzęczka od miesięcy marzyli o meczu, który zamknie te nieudane miesiące, udowodni, że wszystko, co najgorsze, mają za sobą. A potem zaczną pisać coś nowego, co nie będzie skażone klęską na mundialu. Nowy zespół nie narodził się w Guimaraes, gdzie padł remis z Portugalią, dziś nie sposób ocenić, czy narodził się w Wiedniu. Reprezentacja zaczęła bardzo słabo, mogła się cieszyć, że po pierwszej połowie nie przegrywała. Z drugiej strony, po sześciu meczach z rzędu nie straciła gola, po trzech remisach i trzech porażkach w końcu odniosła zwycięstwo. Nowe było też to, że na ławce selekcjoner trzyma piłkarzy zdolnych odmienić losy meczu. Zmieścić Lewandowskiego i Piątka w pierwszej jedenastce będzie trudno, ale to, że ten drugi może w każdej chwili wejść na boisko, czyni tę reprezentację groźniejszą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej