Minęło 118 dni, odkąd nasi piłkarze rozstawali się po poprzednim zgrupowaniu. Reprezentacja to twór specyficzny: powinna stanowić zwartą grupę, ale tworzą ją ludzie rozrzuceni po całej Europie, którzy po czterech miesiącach przebywania w najrozmaitszych kulturach mają dwa treningi w pełnym składzie – wtorek w Warszawie, środa w Wiedniu – żeby się zjednoczyć i w czwartek rozegrać porządny mecz z Austrią.

Okoliczności teoretycznie pozwalają współczuć Jerzemu Brzęczkowi, któremu przez jedną trzecią roku pozostaje tylko biernie obserwować, czy kadrowiczom wiedzie się w klubach jako tako, czy są zdrowi, przylecą na zgrupowanie w przyzwoitym stanie psychofizycznym. Z istotnym zastrzeżeniem: empatyczne odruchy o tyle nie mają sensu, że każda drużyna narodowa działa w identycznych warunkach. Selekcjonerów różni jedynie klasa powoływanych piłkarzy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej