Hubert Hurkacz działa ożywczo i zarazem kojąco, trochę jak odtrutka na poprzedniego najlepszego polskiego tenisistę. Tamten nazywał się Jerzy Janowicz, wnosił na kort brutalną siłę, a także wyróżniał się, by tak rzec, opryskliwie alternatywną kulturą osobistą – nie należał raczej do wymarzonych kandydatów na narzeczonego dla ukochanej wnuczki. Jego następca przebywa na drugim końcu skali. Ujmująco grzeczny, na konferencjach prasowych potulny jak pensjonarka, podczas treningu z Rogerem Federerem przepraszał ponoć tenisistę wszech czasów za każde zepsute odbicie piłki. Przede wszystkim uwodzi jednak klasą sportową, bo odprawia coraz znakomitszych rywali, konsekwentnie przysuwa się do czołowej pięćdziesiątki w rankingu ATP, proponuje repertuar zagrań barwniejszy niż Janowicz, wydaje się lubić walkę pod presją, gdy zagraża mu grube niebezpieczeństwo. Nawet ze wspomnianym Federerem przegrał z godnością, ani przez chwilę nie zdradzając na korcie, że ma do niego stosunek czołobitny.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej