Radosław Leniarski: W inaugurującym sezon Formuły 1 Grand Prix Australii zająłeś ostatnie, 17. miejsce. Spodziewałeś się, że będzie tak trudno? Jak to wszystko się odbyło?

Robert Kubica: Tak, jak się spodziewałem.

Od początku: myślę, że byłem jedynym kierowcą startującym na twardych oponach. Chcieliśmy, by wyścig był dla nas, zespołu, rodzajem jazd testowych. Chcieliśmy zdobyć dane do analizy i poprawy.

Całkiem dobrze wystartowałem, choć miałem te twarde opony. Gdy jechałem w stronę pierwszego zakrętu, postanowiłem pokonać go bezpiecznie, ominąć krawężnik z daleka [krawężniki na torze w Albert Park są wysokie i mogą narobić szkody]. Kiedy pomyślałem, że jest OK, skończyły się rafy, zobaczyłem samochód Pierre’a Gasly’ego zjeżdżający w moją stronę. Sądzę, że zrobił to, unikając bolidu Carlosa Sainza. I uszkodził przednie skrzydło w moim. Myślałem, że straciłem pół skrzydła, ale 100 m dalej odleciało całe. Musiałem wrócić do garażu, po zamontowaniu skrzydła zapasowego samochód nie sprawował się dobrze [zespół Williamsa ma braki w częściach, więc niektóre są po prostu reperowane, w tym część skrzydła zniszczona przez Kubicę w sobotnim treningu ]. A potem jeszcze na trzecim okrążeniu straciłem lusterko. Co może wywołać kłopoty [Polak wiedział, że będzie dublowany, musiał widzieć, co się dzieje z tyłu]. Przez radio z garażu dowiedziałem się, że tempo mam przyzwoite jak na okoliczności. Rozśmieszyło mnie to, bo dla mnie było ono bardzo złe.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej