To drugi debiut Polaka. Pierwszy był sensacją i ten też jest, ale całkowicie inną. 13 lat temu nagle, z dnia na dzień, Kubica dowiedział się, że będzie startował w Grand Prix Węgier, bo główny kierowca Jacques Villeneuve zaczął robić fochy. Polak nie miał czasu ani się rozemocjonować tym niespodziewanym skokiem w nadprzestrzeń, ani pomyśleć, co on oznacza w jego życiu. Wsiadł do samochodu w piątek na swój pierwszy trening jako kierowca wyścigowy i osiągnął w BMW Sauber czas zaledwie o ułamek sekundy gorszy od partnera, doświadczonego Nicka Heidfelda.

Ponieważ tam byłem, mogę ze spokojem napisać, że emocje widać było po nim dopiero po wszystkim, w niedzielę. Mówił gorączkowo, opowiadał o wyścigu ze szczegółami, jakby przed oczami przesuwała się taśma z zapisem. Wtedy w „Wyborczej” daliśmy tytuł „Drugi Polak w kosmosie”. Cud! Kubica, kierowca z kraju dziurawych dróg i bez wyścigowych tradycji, jeździł w Formule 1.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej