Zanim 22-letni Hubert Hurkacz wylądował w ćwierćfinale turnieju w Indian Wells, musiał oblecieć świat, i to nawet kilka razy. Wyruszył z Wrocławia, gdzie trenował jako dziecko. Potem jeździł po niewielkich turniejach na różnych kontynentach. Aż założył bazę wypadową na Florydzie, bo w tenisie amerykańska myśl szkoleniowa nie ma sobie równych.

Polak ma też za sobą długą drogę sportową. Wśród juniorów wyróżniał się głównie wzrostem (obecnie 196 cm), wśród seniorów też długo nieudolnie gonił najlepszych. Przełomowy był ostatni rok. Dwanaście miesięcy temu Hurkacz błąkał się po trzeciej setce rankingu ATP, Indian Wells mógł oglądać tylko w telewizji. Teraz jest 67. tenisistą świata i jedną z rewelacji sezonu. Wygrał cztery mecze, trzy z wyżej notowanymi zawodnikami: półfinalistą Australian Open Lucasem Pouille’em, siódmym graczem świata Kei Nishikorim i Denisem Shapovalovem (ATP 25). Zagwarantował sobie 182 tys. dol., czyli ponad dwa razy więcej niż w jakimkolwiek dotychczasowym starcie. 180 punktów da mu awans o kilkanaście miejsc w rankingu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej