To koniec pewnej drużyny. Tej, która miała zacząć „erę Bayernu w Europie”, jak mówił sześć lat temu ówczesny trener Bayernu Jupp Heynckes. Jego piłkarze wygrali wówczas Ligę Mistrzów piąty raz w historii, szefom klubu zamarzyło się zdominowanie rozgrywek. Tak jak w latach 70., gdy zespół z Franzem Beckenbauerem i Gerdem Müllerem triumfował w Pucharze Europy trzy razy z rzędu.

Jak wiadomo, współczesny Bayern nawet się do tego osiągnięcia nie zbliżył. Drużyny Pepa Guardioli, Carlo Ancelottiego, znów Heynckesa przez sześć lat nie podskoczyły wyżej niż do półfinału. Za każdym razem Bayern przegrywał z rywalami z Hiszpanii, za każdym razem po porażce władze klubu utrzymywały, że od Realu, Barcelony i Atlético dzieli ich niewiele i za każdym razem powstrzymywały się przed zmianami w szatni.

Doprowadzili do tego, że środę w kadrze Bayernu było sześciu zawodników, którzy pamiętają wygrany finał z 2013 r. Z kontuzjowanym dziś Arjenem Robbenem jest ich siedmiu. Taki zespół zakończył udział w Lidze Mistrzów na 1/8 finału.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej