Nie wiemy, czy Sergio Ramos kazał Florentino Pérezowi się zamknąć, czy przynajmniej udawał kulturalnego, ale media relacjonują zajście z wystarczającymi detalami. Gdy szef oskarżył podwładnych, którzy właśnie przerżnęli u siebie 1:4 z Ajaxem, o haniebny brak zaangażowania w grę, wspomniany podwładny zrzucił odpowiedzialność na szefa – bo ten nie kupił przed sezonem napastnika, pomimo napomnień madryckich piłkarzy, że po rozstaniu z Cristiano Ronaldo transfery są niezbędne. Oni kombinowali rozsądnie, Pérez okazał się strategicznym kretynem. W szatni wybuchła więc awantura z puentą wykrzyczaną przez Ramosa, który poinformował, że chętnie pójdzie sobie z klubu precz, niech mu tylko prezes wypłaci wszystkie zagwarantowane w kontrakcie pieniądze.

Zwróćmy uwagę na kontekst sceny. Oto napadnięty zostaje gruby wieloryb, kandydat do czołowych pozycji w rankingu najbardziej wpływowych person futbolu, atakuje natomiast gracz, który powinien płonąć ze wstydu. To on wszak w Amsterdamie z premedytacją popełnił faul, by wymusić na arbitrze wlepienie mu żółtej kartki – równoznaczne z dyskwalifikacją pozwalającą mu ominąć rewanż z Ajaxem. Nie dość, że zlekceważył rywala (i się do tego przyznał), to opuścił drużynę w krytycznym momencie. Drużynę, która wyleciała z Ligi Mistrzów wcale nie z powodu dziury na środku ataku – nade wszystko beznadziejnie broniła, a za dowodzenie defensywą odpowiada Ramos.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej