Minął trochę ponad kwadrans, a gospodarzy już trzeba było cucić. Ajax zdążył zadać faworytom dwa soczyste ciosy, jeden wspanialszy od drugiego, i z nawiązką odrobił straty z Amsterdamu – gdzie przegrał 1:2, zresztą pechowo.

To był szok. Real nie jest zwykłym obrońcą tytułu, lecz najbardziej szacownym z możliwych, Real przystępował do rozgrywek jako wybitny od nich specjalista – po trzech triumfach z rzędu, wyczynie niespotykanym od dekad, a już na pewno niespotykanym w erze ekskluzywnej Ligi Mistrzów, która zastąpiła słabiej obsadzony Puchar Europy.

Owszem, madrytczycy od miesięcy wyglądają mizernie. Fundują kibicom wpadkę za wpadką, gubią punkty gdzie popadnie. Co innego jednak przegrać w lidze hiszpańskiej czy krajowym pucharze – do tych niepowodzeń przywykli. Co innego przegrać z Barceloną, której w ostatnich dniach ulegli aż dwukrotnie – to też zdarza się częściej niż często. Ale pozwolić wyrzucić się z Ligi Mistrzów rywalom, którzy cieszyli się, że po długiej przerwie w ogóle do niej wrócili?! Rywalom pozbawionym w podstawowym składzie kogokolwiek, kto kiedykolwiek zbliżył się do szczytów futbolu?! Rywalom, których madrycki kapitan Sergio Ramos uważał do tego stopnia za wyeliminowanych, że w Amsterdamie celowo sprowokował sędziego do wyciągnięcia żółtej kartki, by dzięki dyskwalifikacji odpocząć w rewanżu i nie ryzykować przed ćwierćfinałem?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej