Widzowie niedzielnego meczu Wisła – Pogoń Szczecin mogli czuć się nieswojo. Nie było: flag rozwieszonych na płocie, ryczącego do megafonu zapiewajły ani pozdrawiania kiboli z innych miast. Były: spontaniczne okrzyki, czasem chaotyczny doping, nie zawsze kulturalny, ale momentami głośny.

Dlaczego było inaczej niż zwykle? Klub zabronił wniesienia na trybuny transparentów z m.in. wizerunkiem rekina, symbolem bandyckiej grupy „Sharks”. Odpowiedzialni za transparenty uznali, że skoro nie mogą wnieść wszystkiego, nie wniosą niczego. A w ramach protestu nie będą kibicować. Po meczu grupa „Ultra Wisła” (dotąd odpowiadała m.in. za przygotowanie tzw. opraw) opublikowała oświadczenie w imieniu „grup kibicowskich”. Jest w nim m.in. o braku zgody na „ingerencję ludzi zarządzających Wisłą” w „niezależność ruchu kibicowskiego”.

Przez lata piłkarska Wisła i „niezależny ruch kibicowski” były zależne od „Sharksów”. Przywódca bojówki Paweł M. „Misiek” – ten, który dwie dekady temu trafił nożem w głowę Dino Baggio – miał olbrzymie wpływy w Towarzystwie Sportowym Wisła Kraków. To ono dwa i pół roku rządziło w piłkarskiej spółce, podpisywało niekorzystne umowy, niemal doprowadziło ją do bankructwa. A potem wystawiło na pośmiewisko, flirtując z podejrzanymi inwestorami z Kambodży.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej