Uderzył lewą stopą, wkrótce dołożył kolejnego gola subtelnym kopnięciem prawą, aż wreszcie ukatrupił Sevillę delikatniutką podcinką w stylu, ekhem, Tomasza Frankowskiego, więc naszym wzruszeniom estetycznym znów towarzyszył miażdżący konkret. Leo Messi zabrał mianowicie piłkę do domu w nagrodę za 50. hat tricka w karierze, Leo Messi wygrał niemal w pojedynkę, z internetu znów wylały się statystyki, które mają czynić absolutną wybitność Leo Messiego kwestią niedyskutowalną, ale w istocie ją rozmazują – bo z jednej strony redukują go do snajpera, a z drugiej – każą nam objąć umysłem liczby zbyt duże, ludzki mózg sobie z takimi nie radzi. 797 meczów rozegranych w seniorskiej karierze nasz nadpiłkarz udekorował mianowicie 650 golami oraz 267 asystami.

I chociaż w futbolu nigdy nie znasz dnia ani godziny, to wzbiera we mnie święte przekonanie, że tylko jakaś niewyobrażalna sportowa tragedia mogłaby zatrzymać Argentyńczyka przed skokiem na szczyt strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów. Jeśli jej liderowi, niesprawiedliwie zapomnianemu Josefowi Bicanowi naliczono w sumie 805 bramek zdobytych w oficjalnych grach (za nim plasują się Romário, Pelé, Ferenc Puskás, Gerd Müller i Cristiano Ronaldo), to należy oczekiwać, że zostanie obalony za mniej więcej dwa i pół sezonu. Zwłaszcza że tworzący hierarchie wikipedyści oraz inni historycy futbolu stosują mniej restrykcyjne metodologie, według nich Messi podpisał już swoim nazwiskiem 677 trafień.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej