Kamil Stoch od początku sezonu powtarzał, że wciąż szuka optymalnej formy, ciągle popełnia pewien błąd na skoczni, który skraca jego skoki o kilka metrów. Mimo to polski mistrz cały czas był w czołówce klasyfikacji generalnej. Gdy w końcu 3 lutego wygrał konkurs w Oberstdorfie, a siedem dni później triumfował w Lahti, polscy kibice mogli myśleć: na Bergisel trzykrotny mistrz olimpijski przeskoczy konkurencję. Szczególnie, że on najlepiej skacze wtedy, gdy ranga zawodów jest największa. Presja w ogóle się go nie ima.

Dzisiaj na dużej skoczni w Innsbrucku miał walczyć z Ryoyu Kobayashim i innymi faworytami o złoto, lecz już po pierwszej serii wiadomo było, że o medal będzie niezwykle trudno. 31-latek skoczył 128,5 m i zajmował na półmetku siódme miejsce, do trzeciego Kobayashiego tracił 8,1 pkt. Prowadził rewelacyjny w tym tygodniu Szwajcar Killian Peier, który w obecnym sezonie rzadko wchodził do pierwszej dziesiątki konkursów, a na Bergisel poleciał 131 m i miał 1,2 pkt przewagi nad drugim Niemcem Markusem Eisenbichlerem. Japończyka Peier wyprzedzał o 2,6 pkt.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej