Jako ostatni z naszych w 1/8 finału Champions League wyszedł na boisku bramkarz Juventusu. I miał pełne rękawice roboty. W Madrycie zderzyły się drużyny słynące z perfekcyjnego planowania najważniejszych meczów, tymczasem w środowy wieczór tylko gospodarze wyglądali na przygotowanych do wyzwania – obaj rywale myślą o trofeum obsesyjnie, bo pod przywództwem trenerów Diego Simeone i Massimiliano Allegriego po dwa razy dojeżdżali ostatnio aż do finału. I dwukrotnie przegrywali.

Atlético mogłoby swój mecz oprawić w ramkę jako wzorcowy przykład wierności doskonalonemu od lat stylowi. Wygraną 2:0 zawdzięczają strzałom środkowych obrońców z Urugwaju - José Giméneza oraz kapitana Diego Godina - poprzedzonym rzutami rożnymi, a także szczelnej fortyfikacji wzniesionej przed własnym polem karnym, której ofensywa Juve nie zadrasnęła nawet odłamkiem. Madrytczycy mogli zresztą sprawę ostatecznie rozstrzygnąć – Antoine Griezmann trafił w poprzeczkę, a bramkę Alvaro Moraty sędzia anulował, ponieważ Hiszpan delikatnie popchnął Giorgio Chielliniego. Decyzja słuszna, acz odwrotna skandalu by nie wywołała, rozchodziło się tam o niuanse.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej