Kiedy w 2011 r. podejmowano decyzję o tym, że nie będzie degradowany do niższej ligi, pomysłodawcy nie mówili o zamknięciu, lecz otwarciu – przyjmowano kolejne zespoły – bo miało to być milowym krokiem w rozwoju. I Artur Popko, do niedawna prezes zarządu Polskiej Ligi Siatkówki, widzi w niej dzisiaj wiele korzyści. – Przede wszystkim wprowadziliśmy siatkówkę do dużych miast, jak Katowice, Szczecin, Radom, Bielsko-Biała czy Kielce. Dzięki temu, że kluby nie musiały obawiać się o utrzymanie, nastąpiła zmiana pokoleniowa w drużynach, 36-latkowie poszli do niższych lig, a ich miejsce zajęła zdolna młodzież. Nastąpiło też urealnienie zarobków – wylicza.

Konrad Piechocki, szef PGE Skry Bełchatów, przypomina, że dzięki gwarancji utrzymania udało się uratować kilka zasłużonych siatkarskich ośrodków, bowiem wsparły je samorządy. Tak było m.in. w Olsztynie. – Kluby dostały czas na naprawę finansów – przypomina. Przyznaje jednak, że ostatnie wydarzenia odbierają argumenty: – Słabo to wygląda – mówi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej