Im bardziej wkopują Bayern do grobu, tym bardziej Bayern chce oddychać. I tak w kółko, przez cały sezon. Niby gra słabo, nie przekonuje nawet przy zwycięstwach, a szans na żadne trofeum nadal nie stracił.

W Liverpoolu monachijczycy grali nade wszystko rozważnie, znać było po nich, że precyzyjnie rozpoznali atuty gospodarzy – długo nie pozwalali na jakikolwiek zryw ponaddźwiękowym skrzydłowym Mohamedowi Salahowi i Sadiou Mané, do głosu w ofensywie rzadko dochodzili też Aland Robertson i Trent Alexander-Arnold, więc do przerwy rywale wybijali ledwie jeden rzut rożny.

Nie znaczy to, że liverpoolczycy nie przeważali. Atakowali groźniej, a swoje tyły szczelnie zabezpieczali – zwłaszcza dzięki niezmordowanemu Jordanowi Hendersonowi, który nie dość, że służył za piekielnie ruchliwą tarczę defensywną, to jeszcze znajdował natchnienie, by słać sensowne podania do przodu. Był najlepszy na boisku. Natomiast Robert Lewandowski piłki dotykał rzadko, długimi minutami w ogóle się do niej nie zbliżał. Chyba że angażował się w obronę. On tego wieczoru raczej toczył pojedynki mięsień w mięsień i kość w kość, niż sam starał się wybierać możliwie najdoskonalsze zagranie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej